Korci nas wieś zawieszona na skale po przeciwnej stronie Tirano
Postanawiamy przedłużyć pobyt w Tirano, tym bardziej, że od samego początku podoba nam się mała wieś zawieszona na stoku góry nad miastem po przeciwległej stronie doliny. Postanawiamy do niej dotrzeć.
Zdjęcie. Zawieszona w połowie zbocza wieś wprost nad pojazdem. Prawda, że intrygująca!?Zdjęcie. Roncaiola z bliska.
Sprawa nie jest łatwa. Bezpośrednio do wsi nie prowadzi żaden szlak. Można skorzystać z dwóch biegnących z boków, czyli od strony Szwajcarii lub miejscowości Baruffini. Przy obu trzeba nadłożyć drogi. Naszą uwagę na mapach przykuwa jednak ścieżka biegnąca środkiem stoku prawie bezpośrednio do wsi. Prawdopodobnie jest to stary trakt dla mułów. No cóż trzeba to sprawdzić…
Roncaiola
Wycieczkę rozpoczynamy od przejścia w stronę centrum miasta, a właściwe w okolice Bazyliki Madonna di Tirano (Basilika Madonna di Tirano). Stamtąd prawie od razu wąskimi uliczkami miasta zaczynamy lekko wspinać się pod górę.
Zdjęcie. Na zboczu kościół di Santa Perpetua. Widok z okolic placu przed bazyliką .Zdjęcie. Znów możemy zagłębić się w wąskie uliczki włoskiego miasta.
Odnajdujemy wejście na naszą ścieżkę. Na początku nie ma problemu z poruszania się nią. Ścieżka prowadzi wśród plantacji borówki amerykańskiej i innych owoców. Pierwszy raz widzimy jak rośnie kiwi, i to nie pojedyncze krzewy, a cały sad. Dwumetrowe pędy kiwi w formie baldachimu rozciągnięte są na stelażu, a owoce zwisają w dół. Coś odmiennego niż nasze sady.
Zastanawiamy się nad klimatem jaki tu panuje. Jesteśmy na wysokości może niewielkiej, bo ok. 400 m n.p.m, ale to są przecież Alpy. Widać jednak, że zarówno warunki glebowe jaki klimatyczne sprzyjają uprawie towarowej kiwi na tym obszarze.
Zdjęcie. Mijane po drodze plantacje borówki i kiwi.
Nasza ścieżka im bardziej oddala się od cywilizacji staje się coraz bardziej rustykalna i dzika. Nie można narzekać na jej przebieg. Jest poprowadzona tak jak każda inna ścieżka w górach. Nasza jednak bardziej przypomina niekończące się schody. W niektórych miejscach wędrujący może nie czuć się komfortowo z powodu braku jakichkolwiek zabezpieczeń przy kilkumetrowej pionowej ekspozycji.
Zdjęcie. Na początku ścieżka nie wydaje się niczym szczególnym. Typowa dla tego typu terenów.Zdjęcie. Ścieżka z czasem staje coraz bardziej romantyczna.
Na pewno nie zgubisz się na niej, chociaż w kilku miejscach można mieć wątpliwości do jej przebiegu. W ramach ciekawostki trafiliśmy na kilka siedlisk opuncji. Akurat była w różnych fazach rozwoju więc miała zarówno kwiaty, jak i owoce. Dla nas to ciekawostka.
Zdjęcie. Skupisko kwitnącej opuncji. Chociaż to nie jest nasz pierwszy raz, to i tak wzbudza ciekawość.Zdjęcie. Dolina Tirano. Widok ze szlaku.
Zbliżając się do wsi ścieżka bardziej zaczyna przypominać tę dla ludzi. Po drodze mijamy kilka zabudowań Contrada Simonelli i wchodzimy do Roncaiola. Jesteśmy w typowej włoskiej wsi położonej na zboczu góry. Idziemy wąską uliczką wśród wielopoziomowych domów. Centrum miejscowości, to oczywiście kościół Św. Stefana (chisea di Santo Stefano). Znajdzie się również jakieś miejsce na nocleg oraz posiłek. Parking dla turystów jest urządzony przed miejscowością.
Zdjęcie. Centrum Roncaiola z kościołem Św. Stefana.
W tym miejscu dowiadujemy się dlaczego tu nie ma ścieżek w poprzek. Wszystkie prowadzą pomiędzy pobliską Szwajcarią, a Italią. Okazuje się, że są to byłe ścieżki przemytnicze zamienione teraz na szlaki turystyczne. Trafiamy nawet na tablicę pamiątkową upamiętniającego zabitego celnika. No cóż, dziwne to były czasy. Tak jak i wszędzie.
Baruffini
Postanawiamy nie kończyć spaceru, a kontynuować go w stronę sąsiedniej miejscowości Baruffini. Do pokonania mamy około 2 km spokojnego w stosunku do poprzedniego przejścia. W większości ścieżka prowadzi po warstwicy. Dolinę Tirano zobaczysz jednak niewiele razy, tylko w przerwach między drzewami.
Zdjęcie. Widok na dolinę Tirano ze ścieżki do Baruffini.
Wiemy, że przed Baruffini jest miejsce z ławką, wiec liczymy na chwilę odpoczynku. Kiedy wreszcie tam dochodzimy jesteśmy z lekka zszokowani. Ustawiona tam bowiem ławka jest w wersji XXL. Jest po prostu ławką, przy której czułem się malutki. Udało mi się jakoś na nią wleźć i co dziwne, nawet się wygodnie na niej siedziało (leżało). No cóż, na bezrybiu i rak ryba.
Zdjęcie. Chociaż raz człowiek poczuł się malutki.
Po chwili wchodzimy do Baruffini. Jest to większa miejscowość niż poprzednia. Ma nawet przystanek linii autobusowej.
Zdjęcie. Centrum Baruffini.
Z Baruffini schodzimy do Tirano szlakami turystycznymi. Droga w zasadzie wiedzie cały czas w dół. W niektórych miejscach, gdzie jezdnia jest utwardzona i zanieczyszczona żwirem schodzi się ostrożnie w obawie przed poślizgnięciem się. Znów schodzimy wśród różnorodnych plantacji. W większości są to winnice, ale występują i inne. Na niektórych murkach otaczających je można odkryć stare sentencje naniesione przez właścicieli w stylu „Ukradniesz, Boga zobaczysz”. Chyba też mieli problem przysłowiowym podkradaniem jabłek z sadu sołtysa.
Zdjęcie. W trakcie zejścia do Tirano.
Dla nas dzień się kończy powoli, a my przez centrum Tirano idziemy do naszego kamperka.
Skrót dnia na zamieszczonym poniżej filmie.
Podsumowanie
Trasa wycieczki Tirano – Roncaiola – Baruffini – 8,1 km. Przewyższenie 444 m.
Tirano na naszej liście nie znalazło się przypadkowo. Mamy zamiar ponownie odwiedzić Szwajcarię i dotrzeć w okolice Sankt Moritz. Tym razem jednak z wykorzystaniem kolei. I to szczególnej. Chcemy mianowicie skorzystać z oferty pokonania tej trasy z wykorzystaniem jednego z bardziej znanych pociągów .. Bernina Express.
Zakupu biletów dokonaliśmy dzień wcześniej, trochę wbrew wszystkim twierdzącym, że bilety należy zakupić z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem. Rzeczywiście, jeśli zależy Ci na gromadzeniu materiałów do mediów społecznościowych itp. możesz szukać miejsca w wagonach na końcu składu. Chociaż to może być trudne. W pozostałych wypadkach znajdziesz sobie miejsce w innych częściach składu. Bilet na Bernina Express wykupuje się w formie opłaty za przejazd i miejscówki.
Dlaczego jest to tak popularny pociąg? Przejazd pomiędzy Tirano, a Sankt Moritz trwa około dwóch godzin. W tym czasie pociąg przez około pierwszą godzinę wspina się serpentynami na wysokość 2091 m n.p.m, pokonując przewyższenie ponad 1900 m. Następnie pokonuje przełęcz Bernina i kończy bieg w Sankt Moritz. Przejazd realizowany jest z wykorzystaniem panoramicznych wagonów w czerwonym malowaniu typowym dla kolei szwajcarskich. Wszystko to dzieje się w pięknym otoczeniu alpejskich szczytów i krajobrazów.
Bernina Express
Startujemy pierwszym pociągiem z samego rana, aby mieć czas na późniejsze zwiedzanie. Na peronie oczekuje już zaaferowane międzynarodowe towarzystwo. Za chwilę podstawiany jest nasz pociąg. Wszyscy sprawnie zajmują miejsca. Jak się okazało w moim wagonie znalazły się jeszcze dwie rodziny z Polski.
Zdjęcie. Jeszcze na stacji Tirano. Pociąg powoli zapełnia się pasażerami.
Ruszamy. Pierwsze zaskoczenie mamy już po chwili. Pociąg przemieszcza się jak tramwaj środkiem ulicy w Tirano. Jedziemy środkiem miasta, a obok przejeżdżają samochody. Przejeżdżamy przez kolejne skrzyżowania na którym grzecznie czekają samochody. Nasza szlak jeszcze kilkukrotnie będzie przecinał się z szosą.
Zdjęcie. Bernina Express na ulicach Tirano.
Od samego początku przejazd wzbudza zainteresowanie podróżnych. Pierwszym z ciekawszych obiektów technicznych jest wiadukt pomiędzy Compascio, a Brusio. Jest to wiadukt w formie ciasnej pętli w trakcie której pociąg zatacza pełne koło wznosząc się. Jest wtedy możliwość zobaczenia końców pociągu.
Zdjęcie. Bernina Express wjeżdżająca na wiadukt spiralny w Brusio.
Za chwilę dojeżdżamy do stacji Miralago leżącego nad jeziorem di Poschiavo (Lago di Poschiavo). Piękne górskie jezioro wzdłuż którego tor biegnie przez dłuższą chwilę. Za nim wjeżdżamy do Poschiavo ostatniej większej miejscowości przez przełęczą Bernina.
Zdjęcie. Jezioro Miralago z perspektywy wagonu pociągu.
Od tego momentu Bernina Express mozolnie wspina się do Alp Grum pokonując kilometrowe przewyższenie. Jest co oglądać. Dolina Poschiavo pojawia się co chwila z innej perspektywy to z jednej, to z drugiej strony pociągu zmuszając pasażerów do rzucania się od okna do okna celem podziwiania widoków i uchwycenia właściwego planu do zrobienia pamiątkowego zdjęcia. W tym czasie okolica zamienia się. Las zostaje niżej ustępując miejsca gołym skałom.
Zdjęcie. Za oknem przesuwają się nieziemskie widoki. Nie sposób usiedzieć na miejscu.
W Alp Grum pociąg robi krótką przerwę w podróży umożliwiając pasażerom wykonanie kolejnych zdjęć. Da się też zauważyć zmianę klimatu. Jedziemy w klimatyzowanych wagonach, a widzimy na zewnątrz ludzi w puchowych kurtkach. W końcu jesteśmy na wysokości pomad 2 tys. metrów, a wokół nas wznoszą się szczyty przykryte czapami śnieżnymi.
Właściwą przełęcz Bernina pokonujemy dopiero za kilka kilometrów wznosząc się o kolejne 300 metrów przewyższenia. W tym czasie pociąg przemieszcza się brzegiem sztucznego jeziora Bianco (Lago Bianco). I znów kolejna porcja widoków do podziwiania.
Zdjęcie. Bernina Express nad Lago Bianco.Zdjęccie. Lago Bianco.
Od przełęczy nasz pociąg stopniowo zaczyna zjeżdżać w kierunku Sankt Moritz. Wbrew pozorom od stacji Alp Grun do Sankt Moritz jest jeszcze godzina drogi. I jest jeszcze dużo do podziwiania. W międzyczasie obsługa pociągu roznosi herbatę w kartoniku oraz czekoladki w metalowym opakowaniu w kształcie wagonu pociągu dla każdego z pasażerów. Dla nas podroż kończy się na stacji Sankt Moritz. Nie całkiem. Ta część podróży się kończy.
Zdjęcie. Herbatka i czekoladki rozdawane przez obsługę pociągu pod koniec podróży.
Czy to koniec, czy dopiero początek!?
Nasz plan na podróż przedstawiał się następująco. Jedziemy Berninna Express od Tirano do Sankt Moritz. Tam łapiemy pierwszy pociąg regionalny w przeciwnym kierunku. W tym celu jeszcze dnia poprzedniego w Tirano zaopatrujemy się w dobowe bilety powrotne. Z ich wykorzystaniem możemy pokonywać drogę powrotną przerywając podróż w dowolnym momencie, by za chwilę kontynuować podróż.
Zdjęćie. Kościół San Gian na podjeździe do Sankt Moritz.
Na stacji Sankt Moritz właściwie przesiadamy się pociągu do pociągu. Nasz pociąg powrotny podstawiony jest na tym samym peronie i odjeżdża 10 minut później. I znów jesteśmy w pociągu, tylko że jedziemy z powrotem. Wagon do którego wsiedliśmy jest zapełniony w ¾. Można znaleźć sobie swobodnie miejsce do siedzenia.
Morteratsch
Pierwszą przerwę w podróży robimy na stacji Morteratsch. Wysiadamy z pociągu i robimy krótki wypad w góry, a właściwie nad rzekę Ova da Bernina. Zaledwie kilkaset metrów od stacji rzeka pięknymi kaskadami pokonuje kolejne uskoki. Można podziwiać je z kolejnych platform widokowych umieszczonych nad nimi.
Zdjęcie. Rzeka Ova da Bernina w okolicach Morteratsch.Zdjęcie. Rzeka Ova da Bernina widok z kolejnej platformy widokowej.
Jest czas na przejście, krótki odpoczynek w podróży. Możesz skorzystać z oferty pobliskiej restauracji. Widać, że miejsce cieszy się dużą popularnością. W zależności od wyboru wariantu podróży, my mieliśmy około godzinną przerwę w podróży. Ponieważ stacja Morteratsch jest przystankiem na żądanie, musisz zatrzymać sobie pociąg. Zrobisz to przy pomocy panelu znajdującego się na środku peronu ze specjalnym przyciskiem. Odpowiednio w pociągu masz do dyspozycji przycisk przy drzwiach wyjściowych z przedziału pasażerskiego.
Zdjęcie. Kompotoi. Szwajcarskie podejście do ekologii. Kompostowanie.
Ospizio Bernina
Kolejną przerwę w podróży robimy na stacji Ospizio Bernina. Przystanek położony bezpośrednio na brzegu jeziora Bianco. Stamtąd o własnych siłach idziemy w kierunku stacji Alp Grum. Do pokonania jest prosty szlak długości około 5 km.
Zdjęcie. Stacja Ospizio Bernina nad Lago Bianco.Zdjęcie. Lago Bianco.Zdjęcie. W drodze do Alpen Grum.
Na stacji mamy jeszcze dużo czasu do następnego pociągu. Jest okazja do rozprostowania nóg na ustawionych drewnianych leżakach z których możemy obserwować otaczające nas góry oraz wjeżdżające na stację z dołu pociągi. Wbrew pozorom koleje szwajcarskie również się spóźniają. Nasz pociąg wjechał na stację z 15 minutowym opóźnieniem. Nie jesteśmy źli z tego powodu. Mieliśmy więcej czasu na podziwianie widoków. W naszym pociągu spotykamy znajome twarze z porannego przejazdu. Widać oni skorzystali ze zwiedzania Sankt Moritz. Każdy organizuje podróż jak mu odpowiada.
Zdjęcie. Stacja Alpen Grum.
Od stacji Alp Grum zjeżdżamy cały czas do Tirano pokonując kolejne pętelki trasy, tym razem w przeciwną stronę. Wcale nie uważam, że podróż pociągiem regionalnym była czymś gorszym niż przejazd Bernina Express. Miała nawet swoją zaletę. Mianowicie mogłeś otworzyć okno, żeby zrobić lepsze zdjęcie, czy zobaczyć zawijający się koniec pociągu. Co ciekawe na końcu składu naszego pociągu do samego Tirano ciągnęliśmy wagon z drewnem. Widać przy okazji można połączyć w trakcie jednego przejazdu dwie usługi.
Zdjęcie. Panorama doliny Poschiavo w drodze powrotnej.
Kończymy naszą podróż w Tirano późnym popołudniem. Pełni pozytywnych wrażeń wracamy do naszego kampera.
Trasa wycieczki Morteratsch – Cascada da Bernina – 1,2 km. Przewyższenie – 60 m.
Trasa przejścia Ospizio Bernina – Alp Grum – 5,1 km. Przewyższenie 48 m. Spadek 216 m.
Wskazówki
Wbrew pozorom nie musisz kupować biletu na Bernina Express z kilku miesięcznym wyprzedzeniem chyba, że wiesz dokładnie kiedy będziesz jechać.
Tę samą trasę możesz pokonać z wykorzystaniem pociągów regionalnych. Wyjdzie nawet taniej o miejscówkę, której nie potrzebujesz. Widoki jednak będą równie piękne.
Całodobowy bilet na pociągi regionalne umożliwia Ci przerwanie podróży i jej kontynuację w dowolnym momencie.
Podobno przy przejeździe Tirano – Sankt Moritz lepsze widoki są po lewej stronie. System zakupowy biletów nie wskazuje kierunku jazdy pociągu, więc trudno określić właściwe miejsce. W moim przypadku wagony o najwyższych numerach były za lokomotywą. Tak możesz określić kierunek jazdy i wybrać sobie odpowiednie wolne miejsce w systemie rezerwacyjnym.
Koniec leniuchowania. Ruszamy dalej. Naszym celem pogranicze szwajcarsko – włoskie
Kończymy naszą przerwę w podróży w Colico. Ruszamy w dalszą drogę. Kolejnym celem naszego wypadu jest Tirano. Odległość do pokonania niewielka, bo zaledwie nieco ponad 65 km, ale i tak przejazd zajmuje ponad godzinę.
Zatrzymujemy się na Area Sosta Camper – Tirano, miejskim parkingu przeznaczonym dla kamperów. Trzeba przyznać, ze obłożenie jest duże. Jest jedynie kilka wolnych miejsc do wyboru. Wieczorem jest gorzej. Wszystkie miejsca są zajęte, a kampery zatrzymują się na obrzeżach wyznaczonych miejsc. Place postoje duże, pozwalają nawet na rozwiniecie markizy, czyli są wystarczające do zapewnienia prywatności.
Zdjęcie. Nirvana na Area Sosta Camper – Tirano.
Rozpoczynamy już planowanie następnego dnia. Dokonujemy zakupu niezbędnych biletów i udajemy się w stronę dworca kolejowego celem rozpoznania trasy żeby nie błądzić. Wypad do dworca umożliwia zapoznanie się z miastem.
Otoczenie wydaje się obiecujące. Miasto jest niewielkie. Cała gmina liczy trochę ponad 9 tys. mieszkańców. Jest jednak ładnie położone w dolinie otoczonej górami. Zaledwie kilometr dzieli je od sąsiedniej Szwajcarii. Tirano znane jest z tego, że jest stacją początkową (końcową) widowiskowej linii kolejowej łączącej Tirano ze szwajcarskim Sankt Moritz.
Zdjęcie. Na pierwszym planie Bazylika Madonna di Tirano. Za nią kilometr dalej wzdłuż doliny Szwajcaria.
Tirano
Jeśli jesteś fanem tętniącego, rozrywkowego miasta, to możesz się rozczarować. Tirano jest miastem spokojnym.
Zaraz za dworcem przechodzimy mostem na drugą stronę rzeki Adda, tej samej która kończy swój bieg wpadając do jeziora Como. O tym było w poprzednim wpisie. Rzeka na terenie miasta ma trochę dziwny przebieg. Jest bardzo ucywilizowana. Jej wartki nurt został ujęty w ramy kamiennego prostego po horyzont nabrzeża, bez żadnego zakrętu. Przypomina więc bardziej kanał niż rzekę. Jednak mając na uwadze zachowanie się miejscowych rzek w zależności od sytuacji hydrometeorologicznej może jest to i dobre rozwiązanie.
Zdjęcie. Ujęta w kamienne koryto rzeka Adda na wysokości Tirano.
Za rzeką znajduje się starsza część miasta. Jeśli chcesz możesz chwilę pobłądzić w jego zakamarkach znajdując coś dla siebie. I nie jest to atrapa stworzona na potrzeby turystów. Jest naturalne ze swoimi starymi drewnianymi krużgankami i bramami.
Zdjęcie. Stara część Tirano.Zdjęcie. Tirano to nie tylko linia kolejowa.
W samym centrum trafisz na założony w XII wieku kolegiatę San Martino, którego obecny wygląd ukształtował się w XVII wieku. Z pierwotnej budowli wykorzystano niewiele elementów. Dalej za kolegiatą natkniesz się na bramę Porta Bormina. Może nie imponujący obiekt, ale świadczący o przeszłości miasta. Trochę z boku natkniesz się na nietypową w formie fontannę di San Carlo. Naprzeciw niej możesz zobaczyć pozostałości po tawernie z okutą oryginalną bramą i herbem nad nią.
Zdjęcie. Fontana di San Carlo.Zdjęcie. Tyle zostało z byłej tawerny.
Kończy się nam dzień, więc powoli wracamy do naszego kampera. Wracamy zupełnie inną drogą obok dworca autobusowego. Tę drogę również rozpoznajemy na wszelki wypadek. Jak się okazuje jest ona prostsza i trochę krótsza od poprzedniej.
Podsumowanie
Przejazd Colico – Tirano – 67 km;
Trasa spaceru po Tirano – 4,4 km.
Wskazówki
W cenie postoju na Area Sosta Camper – Tirano wliczone jest korzystanie z prądu. Na miejscu do dyspozycji zrzutnia szarej wody. Możesz również uzupełnić zapas świeżej wody. Teren częściowo zacieniony, chociaż rosnące na obrzeżu topole nie dają go do za dużo.
Miał być odpoczynek, ale my nie potrafimy usiedzieć na miejscu
Po chwili odpoczynku i tak nie możemy usiedzieć na miejscu. Musimy się ruszać. Wreszcie jest okazja zwiedzenia pobliskiego fortu di Montecchio, ale przechodzi nam jak orientujemy się, że wejście jest płatne. Aż tak bardzo nie nie jesteśmy zdesperowani.
Zapada decyzja. Idziemy w stronę fortu di Fuentes, tym bardziej, że zawsze interesował nas przebieg biegnącego obok naszego miejsca postojowego ciągu pieszo – rowerowego. Jest wreszcie okazja, żeby trochę się z nim zapoznać. Według tablic informacyjnych Sentiero Valtellina, bo taką nazwę nosi ścieżka, może doprowadzić do Bormio, czyli 113 km od Colico. Sądząc po ruchu na ścieżce cieszy się ona dużą popularnością.
Zdjęcie. Słupek kilometrowy sentiero Valtellina.Zdjęcie. Początek ścieżki w okolicach Colico.
Początek ścieżki biegnie samym brzegiem jeziora Como. Po kilkuset metrach po drugiej stronie pojawia się nawet ściana skalna wzgórza Montecchio Nord. Pięknie wyglądają i pachną kwitnące na brzegu jeziora krzaki dzikiej budlei. Z powodu wysokiego poziomu wody trafiamy na pierwsze rozlewiska przegradzające ścieżkę. O ile dla roweru nie jest przeszkoda, to dla pieszego już robi się problem przejścia suchą nogą. Nie ma wyjścia. Zdejmujemy buty i pokonujemy boso kolejne rozlewiska. Przy pierwszym spotkaliśmy starszego pana z pieskiem, kontemplującego jak tu przejść. Kiedy zobaczył, co zrobiliśmy poszedł w nasze ślady. I to się chwali.
Forte di Fuentes
Nie idziemy prosto śladem ścieżki. Przed rzeką Adda skręcamy w lewo, żeby dojść do jej ujścia do jeziora. Nikt nam nie przeszkadza.
Zdjęcie. Okolice ujścia rzeki Adda do jeziora Como.Zdjęcie. Widok na przeciwległy brzeg jeziora Como.
Na ścieżce w zasadzie jesteśmy jedynymi pieszymi. Większość ludzi przemieszcza się na rowerach. W zasadzie dla pieszego na tym odcinku ścieżka jest monotonna. Wiedzie prosto bez żadnego zakrętu grzbietem wału przeciwpowodziowego. Rekompensuje to jednak widok górujących na północy alpejskich szczytów.
Zdjęcie. Za stadniną wzgórze z fortem di Fuentes.
Po około czterech kilometrach schodzimy ze szlaku w kierunku wzgórza z fortem di Fuentes. Po krótkim podejściu schodzimy schodami i trzymając się ścieżki przez wzgórze wracamy na sentiero Valtellina.
Zdjęcie. Ścieżki prawie jak w górach.
Znów mamy do pokonania kolejne rozlewisko. Cóż z tego, że jest przerzucona kładka, kiedy kończy się ona w połowie rozlewiska. Znów trzeba pokonać je w bród. Na szczęście woda jest ciepła. Tą samą drogą wracamy do Colico.
Zdjęcie. Wejście na szlak na Forte di Fuentes
Resztę czasu spędzamy nad jeziorem. Wieczorem natomiast udajemy się do najbliższej restauracji oferującej pizzę i kupujemy sobie po jednej. Nie wiem skąd się to wzięło, ale monotonnie bierzemy takie same. Jedna z sardelą (acciuga), a druga 4 Pory Roku (Quattro Stagioni). Jak zwykle smakują świetnie.
Zdjęcie. Jak zwykle dwie najlepsze pizze z sardelą i 4 Pory Roku.
Podsumowanie
Koszt postoju na Area camper L’Ontano – 30,00 € / dobę.
Trasa wycieczki Colico – Forte di Fuentes – 9,1 km. Przewyższenie – 118 m.
Naszym następnym przystankiem jest kolejne jezioro. Nasze ulubione Como
Kończymy stopover w Verbanii. Naszym kolejnym celem podróży jest znane nam Colico nad jeziorem Como (Lago Como). W linii prostej jest to zaledwie osiemdziesiąt kilometrów. Przejazd zajmuje nam jednak kilka godzin.
Z Verbanii jedziemy w kierunku autostrady A26, a właściwie jej bezpłatnego odcinka. Ponieważ ustawiłem w nawigacji przejazd bez opłat, więc po kilkudziesięciu kilometrach musimy opuścić wygodną autostradę i przebijać się przez włoskie wsie i miasteczka. Pierwszy problem mamy zaraz za zjazdem. W miejscowości Invorio na naszej drodze przelotowej trafiliśmy na miejscowy dzień targowy. Trochę to dziwne. Zablokowana główna ulica przelotowa z rozstawionymi straganami, bez żadnych znaków objazdu itp. Musiałem chwilę kluczyć, żeby wydostać się z miejscowości. Udało się, chociaż straciliśmy trochę czasu.
Przejeżdżając obok Mediolanu odbijamy na północ w stronę Como, a następnie Lecco. Stamtąd już tylko kilkadziesiąt kilometrów dzieli nas od celu naszej podróży.
Zdjęcie. Nasz droga na wysokości Como. Za chwilę odbijamy w stronę Lecco. Cały czas jest co podziwiać.
Na tym odcinku nie jest to zbyt emocjonujący przejazd. W większości będziesz jechać w tunelu wyjeżdżając z niego tylko na chwilę, żeby znów wjechać w kolejny tunel. Na pewno nie będziesz miał możliwości podziwiania spektakularnych widoków jeziora Como.
Colico
W Colico poruszamy się już pewnie. Jest to nasz stały punkt programu wycieczek od kilku lat. Jedziemy w kierunku Area camper L’Ontano przy restauracji L’Ontano. Udało nam się. Zajmujemy jedno z nielicznych wolnych miejsc.
Jesteśmy nad trzecim co do wielkości włoskim jeziorem zaraz za jeziorem Garda i Maggiore. Jednak ukształtowanie jego linii brzegowej sprawia, że jest ona dłuższa niż razem wzięta z dwóch poprzednich. Maksymalna głębokość jeziora to 425 m.
Jest ciepło, a nawet powiem, że gorąco. Chwila oddechu i ruszamy sprawdzić, czy coś się zmieniło od ostatniego roku.
Zdjęcie. Kwitnące budleje nad brzegiem jeziora Como.
Lubimy te miejsce. Ładna trawiasta plaża zaraz za ogrodzeniem miejsca postojowego. Piękne jezioro z czystą wodą w jeszcze piękniejszym otoczeniu gór. To nas urzeka w tym miejscu. Możesz przyjeżdżać tu kolejny raz i za każdym razem będziesz się zachwyć. Tym razem widzimy zamiany. Trawa plaży jest bardziej zielona. Woda jeziora sięga bezpośrednio trawy, a nie jak ostatnio była kilka metrów od niej. Jest głębiej. Boje wyznaczające miejsce do kąpieli są jakoś strasznie daleko. Natomiast suchy do tej pory wpadający do jeziora potok jest pełny krystalicznej wody spływającej z gór. Zupełnie inaczej niż w poprzednich latach.
Zdjęcie. Za ogrodzeniem czeka nas piękna trawiasta plaża z górami odbijającymi się w lustrze jeziora.
Wieczorem, kiedy na plaży pozostali już tylko najbardziej wytrwali plażowicze następuje zmiana. Cały brzeg obstawiony jest wędkarzami. Dosłownie stoją co kilka metrów. Co najciekawsze, co rzut, to coś wyciągają z wody. Niestety byłem za daleko, żeby zobaczyć co było ich przedmiotem zainteresowania. W każdym razie były to srebrzyste ryby, większe od dłoni. Jeśli wiecie co to może być dajcie znać.
Zdjęcie. Wieczorem nad jeziorem zmiana. Plażowiczów zastępują wędkarze. I to skutecznie. Cały czas coś wyciągają z wody.